prezentuję kilka plansz bezpretensjonalnej rzezi.



Obrazki dość stare (2001) i leciutko odgrzane w fotoszopie.
Że też mi się kiedyś chciało tak machać?
Muchy - Terroromans
Kobiety - Amnestia

Unkle - War Stories
Recoil - subHuman
Ulver - Shadows of the Sun
- niewadząca muzyka tła, która szybko się nie nudzi ale też specjalnie nie zapada w pamięci. Na pewno przebija przereklamowanego Puscifera. Jeszcze nie raz wrócę do tej płyty.
Najlepszym przykładem jest wydanie przez Kulturę Gniewu "Black Hole" Charlesa Burnsa. Komiks otoczony był wielką famą już na długo przed wydaniem. Po publikacji zainteresowanie i entuzjazm wyrażany w recenzjach stale rośną. Bałem się rozczarowania, gdyż właściwie spotkałem się wyłącznie z (hurra) optymistycznymi opiniami. Nawet osoby, którym komiks nie podszedł wypowiadają się o nim z pewną dozą ostrożności, lub mają zastrzeżenia tylko do pewnego aspektu całości. Na szczęście obawy okazały się płonne. Niniejszym dołączam się do powszechnego zachwytu, bo jest to najlepszy komiks który czytałem w tym roku, a nawet jeden z najlepszych które przeczytałem w ogóle.
W przypadku zabrania się za lekturę cegły takiej jak "Black Hole" ( 352 strony - w oryginale 12 zeszytów) niezbędna jest chwila skupienia i adekwatny sountrack. Co prawda sam autor zostawił kilka tropów, ale jak na przykład "Harvest" Neila Younga mógłby w kilku miejscach pasować, to już "Alladin Sane" czy "Diamond Dogs" Bowiego są chyba podpuchą (na co wskazuje dialog Chris i Marci) związaną z konfliktem wizerunku Bowiego jako odmieńca (swoistego protoplasty Marylina Mansona) z jego idącą wbrew scenicznemu emploi zdolnością muzycznej mimikry.
Przywoływany na stronach komiksu Jimmy Hendrix też nie jest zbyt dobrym wyborem, gdyż jego utwory są tak klasyczne i ograne, że na pewno każdemu już dawno się z czymś kojarzą więc nie stanowiłyby dobrego tła muzycznego.
Jest to fragment nowelki, którą zrobiliśmy razem z Bartkiem Sztyborem.
W wydawanych ostatnio komiksach timof zaczął odchodzić od dotychczasowego standardu "zeszytów na kredzie". Do tej pory jedynym edytorskim wyjątkiem były "Blankety", ale oto zarówno "Morfołaki", "Międzyczas" i "Syberyjskie sny" przygotowano do druku bardziej indywidualnie niż zazwyczaj. Nadchodzące "Buty" zapowiadane są zaś jako towar ekskluzywny i wyjątkowy pod względem formy.
Album otwierają stylizowane na notatki z egzotycznych podróży "Mity i legendy ludzi martwej ryby". Są to potraktowane z przymrużeniem oka frywolne anegdotki. Po nich następuje Moebiusowska impresja "O czym śnią bogowie", w której po raz pierwszy mamy do czynienia z Komardinową obsesją na tle opowiadania historii. Otóż, jak wspominał Hihus, rysownik nie może się opanować przed rozwlekaniem historii. Nawet pomysł na pasek lub jednoplanszówkę, jest w stanie rozrysować na cały album. Niestety, w przypadku publikacji w prasie jest ograniczony przez wymóg krótkiej formy i to co chciałby rozwijać musi syntetyzować. Kompromisem pomiędzy chęciami a odgórnymi założeniami jest większość komiksów Komardina. I jak często w przypadku kompromisów, efekty są różne.
Następujące po sobie trzy kolejne (tym razem kolorowe) historyjki to bardziej komercyjne oblicze Komardina. Sprawdza się on zarazem w stylizowanej na Manarę erotycznej "Legendzie o Minotaurze", kartunowym "Maxie Coolerze" jak też onirycznym "Śnie Ariadny". Zmieniając konwencje i bawiąc się w obrębie różnych stylistyk rysownik nie zatraca istoty swojego stylu. Dopiero w skrajnych formach (jak w kreskówkowej jednoplanszówce "Mój tata satelita") można mieć pewne trudności z odruchowym rozpoznaniem autora.
Po przeczytaniu "Syberyjskich Snów", których siła tkwi głównie w rysunkach Konstantyna Komardina, stałem się fanem tego artysty. Będę uważnie śledził jego dalszą komiksową karierę i czekam na kolejny album. Tym razem pełnometrażowy.
Trafiła mi się niezła gratka w postaci przedpremierowej lektury albumu Rafała „Otoczaka” Tomczaka. Wydanie „Bi Bułki i otoczki Otoczaka” jest dla mnie bardzo dobrą wiadomością. Oto timof wydał kolejny oczekiwany przeze mnie komiks. Jest to zarazem komiks, za którego wydaniem lobbowałem więc postanowiłem lekko podbić bębenek w postaci pierwszej recenzji tego dziełka. Pomimo, że „Bi Bułka” pojawia się w ramach labelu „komiksowy underground” i nakład ma iści „bibułowy” (200 egzemplarzy), liczę na to że moja kumoterska polecanka jest pierwszą, ale nie ostatnią. Czekam na kolejne, oczywiście bardziej obiektywne niż moja. Wbrew pozorom, Otoczak (znany wcześniej jako Tomaz) początkującym twórcą nie jest. Owszem, Bi Bułka jest jego debiutanckim albumem, lecz autor działa w świecie komiksu już od prawie dziesięciu lat. Pierwszy kontakt z jego twórczością miałem za pośrednictwem AQQ. Co prawda w samym piśmie opublikowano chyba tylko jednoplanszówkę „Łili”, ale w dziale recenzji często pojawiało się jego nazwisko przy okazji współpracy z przeróżnymi zinami.
Tak więc, od 1998 roku Tomaz wraz z Olafem tworzył trzon TynkGruppe, której efektem działań były dziś zapomniane publikacje noszące ciekawe nazwy:„Cipa ledwo zipa”, „Taker: zupełniepsychogazeta”, „Nikt nikomu nie UFO”, „Urwee koorki”*. W międzyczasie jak też po rozwiązaniu kolektywu, Tomczak spełniał się w solowych projektach: „Czarny padół”, „Czarny ja” oraz w gościnnych występach w „Mać Pariadce”, „Qriozum” czy wydawanym przez Tomka Leśniaka legendarnym zinie „Mięso”. Silnym akcentem twórczości Tomaza było również stałe wspieranie Ziniola (okładki jego autorstwa: tu, tu, tu), którego ostatni numer ukazał się w kwietniu 2005 roku. W numerze przedostatnim swoją premierę miała Bi Bułka (a "Tomaz" transformował w "Otoczaka"). Później zapadła cisza...
Teraz po długim okresie milczenia, otrzymujemy ślicznie wydany album który śmiało można określić mianem najlepszego undergroundowego (premierowego) komiksu roku.
Jest to zbiór czternastu przygód pary wesołych ludzików: rachmistrza Bi Bułki i mistrza zapamiętywania Białaska, którzy przemierzając jaźń autora dokonują spisu powszechnego zamieszkujących go wytworów umysłu. Towarzysząc surrealistycznej podróży dwójki bohaterów szybko odkrywamy, że wyobraźnia jest największym atutem Otoczaka. Kolejnym i równie ważnym atutem jest umiejętność zobrazowania tego co lęgnie się (dosłownie) w głowie twórcy i sugestywne przedstawienie efektów w formie komiksu. A to się Tomczakowi udaje znakomicie.
Pierwsze skojarzenia po lekturze nasuwają mi zastosowanie porównania: Jeśli Tadeusz Baranowski tworzył swoje komiksy pod wpływem barbituranów, to Rafał Otoczak niechybnie wspomagał się silniejszymi dawkami.
Porównanie jest głupie i nieprawdziwe. Sam autor wyprowadził mnie z błędu, zaprzeczając zarówno tworzeniu „pod wpływem” jak też skojarzeniom imienia tytułowego bohatera z bibułką będącą częścią składową skręta. Oprócz tego, Bi Bułka nie jest raczej biseksualistą, a jego przydomek pochodzi od fizjonomii której owal przywodzi na myśl bułkę.
Pierwsze historyjki o przygodach Bi Bułki i Białaska powstały w 2002 roku, obecnie autor ma przygotowany materiał na kolejne kilka albumów.
Fabularnie mamy tutaj jazdy na poziomie najlepszych dokonań uprzednio przywołanego Baranowskiego (obaj Panowie spotkali się zresztą na łamach zina sTrachu). Sympatyczni bohaterowie przeżywają dziwne (to mało powiedziane) przygody pełne dowcipu sytuacyjnego i żartów słownych. Na swojej drodze spotykają dziwolągi pokroju leniwej chmurki, morzuna wiśniojadalnego, psycho gąski czy mrówkoląga. W sumie, gdyby nie specyficzna oprawa graficzna, to komiks mógłby być skierowany do czytelnika w każdym wieku.
Oryginał w ołówku tutaj.
Na blogu sinuscamera natknąłem się na link do rewelacyjnego tutoriala Kazu Kibuishi - Making Of Cooper. Podlinkowuję dalej, bo naprawdę warto kliknąć.
Tymczasem autor wspomnianego powyżej blogaska niedawno ruszył ze swoim webkomiksem. Pustynna Opowieść pod względem "infrastruktury" przedstawia się zachęcająco: jasna nawigacja, kilka wersji językowych, stałe udoskonalanie efektywności strony internetowej. Pierwsze wrażenia to przejrzystość i komfort czytania.
Kreska jest dopracowana i solidna. Jedyne co mnie razi to bezduszna komputerowa kolorystyka, potraktowana bardzo zachowawczo. Tak jakby autor bał się zaszaleć by czegoś nie zepsuć. W przypadku użycia dość ascetycznej kreski i zostawienia dużej przestrzeni, kolor jest zbyt płaski, "wylizany cieniowaniem" jak u digartowych digital painterów. Przydałoby się więcej "pazura".
Na polterze w dziale webkomiksów zawisło siedem plansz nowego komiksu Daniela Gizickiego. "Fuzja nie-ostateczna" jest zarazem sieciowym debiutem Rafała Trejnisa. Ciekawiło mnie, cóż ostatnio (komiksowo) porabia Rafał, z którym kiedyś często "spotykaliśmy się" na łamach Ziniola. Być może kilka osób kojarzy też jego rysunki z gościnnego występu w wydanych w marcu "Dziesięciu bolesnych operacjach". W każdym razie, ostatnie prace które widziałem były narysowane ponad dwa lata temu. Od tamtej pory Rafał zrobił spore postępy. Wyeliminował amatorskie pozostałości w kresce, stylowo wyewoluował w kierunku lekko kojarzącym się z Kurtem (ale bez "szarpanej" krechy). Co mnie lekko rozczarowało, to miejscami nieczytelna narracja lub kadrowanie, które zaburza płynność czytania komiksu. Plusem jest fajne użycie rastrów i wyraźny rozwój rysownika.
Jeśli chodzi o samą historię, odczucia mam ambiwalentne. Na polterze nie znalazłem informacji, czy jest to pierwszy epizod, czy skończona nowelka. Jako wstęp do dłuższej historii, komiks prezentuje się zachęcająco. Jeśli jednak "Fuzja..." miała być zamkniętą całością (na co wskazuje ostatni kadr), to niestety odbiór zmienia się diametralnie. Mamy zawiązanie akcji, intrygę, wprowadzenie bohatera i ... nagle wszystko się urywa! Pointa zaskakuje jedynie tym, że można było zarżnąć tak fajnie zapowiadającą się fabułę.
Na zakończenie argument zamykający usta tym, którzy mówią że Magazyn Komiksowy B5 drukuje wszystko po znajomości i nie robi selekcji materiału.

Clap Your Hands Say Yeah - Some Loud Thunder
Architecture in Helsinki - Places Like This
Menomena - Friend and Foe
Przy kolejnej płycie dla porządku spojrzałem na datę wydania i zamurowało mnie - 2006!
Gierek dał się poznać jako rysownik związany z „Magazynem Fantastycznym” i „B5”. Czytelnicy orientujący się w tematyce obu magazynów wiedzą, że twórcze zainteresowania autora sytuują się w zakresie szeroko rozumianej pulpy (pulp fiction) i splatterpunku. Jako odbiorcy komiksów Gierka mamy więc do czynienia z przerysowanymi obrazami przemocy, seksu i degeneracji. W dialogach obecne są wulgaryzmy i charakterystyczny czarny humor, zaś fabuła opiera się na kliszach gatunku. Warstwa graficzna nacechowana jest widocznymi inspiracjami twórczością Liberatore, Bisleya (czy wczesnego Truścińskiego) oraz wpływami formalnymi grafiki warsztatowej.
Na potrzeby nowego projektu, Gierczak diametralnie zmienił styl. Czarno-białe ekspresyjne ilustracje zastąpił kolorowymi rysunkami łączącymi w sobie prostotę kreski i koloru Dwurnika z wyczuciem bryły Corbena. Efekt syntezy był piorunujący. Konsternację wśród części mało wyrobionych estetycznie czytelników wzbudziła forma wyrazu graficznego skonfrontowana z treścią komiksu. Pod względem artystycznym „Gangi Radomia” były komiksem wybitnie przewrotnym. Brak podstawowej edukacji plastycznej wśród odbiorców (nawet aspirujących do miana krytyków) zemścił się niezrozumieniem i odrzuceniem dzieła. Już na starcie Gierczak zszokował odbiorców wytykając stereotypowe postrzeganie komiksu (jako formy), nie tylko przez ignorantów (co jest zrozumiałe), lecz również (co gorsza) przez miłośników tej formy przekazu graficznego.
W „Gangach Radomia” autor pokazał się jako twórca wymagający i inteligentnie złośliwy. Wymagał od potencjalnego czytelnika akceptacji „cudzysłowia”, w którym osadził swoje dzieło. Postępując podobnie jak Rordiguez w „Planet Terror”, Gierczak narysował komiks ostentacyjnie zły, gdzie „braki” są pozorne, a równie ważna co fabuła i rysunki jest też wielopoziomowa gra z czytelnikiem. Ta swoista zabawa objawia się najpierw w samej oprawie plastycznej, a kontynuowana jest na etapie fabuły i kreacji świata przedstawionego.
„Outsajdersi” kontynuują pewne wątki „Gangów Radomia”. O ile w „Gangach” oprócz obyczajowego epilogu mieliśmy historyjki w stylu prześmiewczego political-fiction, tym razem autor idzie krok dalej i serwuje gorzką historię o życiu mieszkańców zdegradowanego miasta. Bohaterowie wiodą jałową egzystencję w blokowisku Radomia – szarego miasta, pipidówy z której wszyscy chcą się wyrwać. Obraz miasta w komiksie jest przerysowany, ale w dużej mierze prawdziwy. Radom jest zaniedbanym i nieprzyjaznym miastem. Mieszkańcy borykają się z dużym bezrobociem i wynikającą z niego społeczną apatią. Co znamienne, nawet inicjatywy w postaci stowarzyszenia przyjaciół Radomia mieszczą się w Warszawie (sic!). Autor komiksu celnie punktuje nieudolność cynicznych samorządowców, ozdabiających miasto billboardami z hasłami w stylu tytułu mojej recenzji.
Głównym bohaterem komiksu jest wiodący nijakie życie Gierek. Codzienność bohatera to alkohol, włóczenie się po zaułkach i sporadyczny seks. Gierek jest bystrym, lecz pozbawionym ambicji pasożytem. Żeruje na emeryturze dziadków, którym podbiera pieniądze na alkohol. Jest typowym przedstawicielem swojego pokolenia (radomska opcja „pokolenia
Pomimo swoich wad Gierek jest bohaterem budzącym sympatię. Ceni sobie przyjaźń i lojalność. Ma poczucie humoru i zachowuje się autoironicznie. Co prawda, niektóre jego zachowania są szokujące (zwłaszcza scena „zawijania na chatę” Beaty), ale w całej złożoności konstrukcji postaci, bardzo ludzkie.
W tym momencie chciałbym polemizować z opinią Kamila Śmiałkowskiego, który w swoich spostrzeżeniach na temat „Outsajdersów” utożsamia bohatera z autorem. Co ciekawe, autor wdając się w dialog z Kamilem, potwierdza że komiksowy Gierek jest jego alter-ego (takie potwierdzenie jest również w „słowie od autora”). Mimo to, uważam że nie powinno się utożsamiać podmiotu lirycznego z autorem*. Bohater komiksu jest kreacją autora. Nawet w przypadku komiksów autobiograficznych obcujemy tylko z projekcją, krzywym zwierciadłem a nawet przekłamaniem, nie zaś z obiektywnym opisem postaci. To tak jakby opinie o Stasiuku jako człowieku wyciągać z lektury „Murów Hebronu”, bo pisał w pierwszej osobie.
Podobne wrażenie odnoszę obserwując prowokowane przez Gierka nieudolne próby dissowania Śledzia (na szczęście bez zdecydowanej kontrreakcji). Poza przybierana w kontaktach wirtualnych często nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością, zaś nadmuchiwany konflikt ma raczej za zadanie zaznaczyć odmienność „Outsajdersów” od „Osiedla Swoboda”. W przypadku mało wnikliwej lektury można co prawda obawiać się niesprawiedliwej oceny inspiracji, ale ten problem ma się nijak do komiksu Gierczaka. Liczę, że zbliżająca się antologia Likwidatora, w której obaj autorzy będą „sąsiadami” pozwoli im zakopać topór wojenny.:)
Na początku przyszłego roku Timof ma w planach wydanie kolejnego epizodu przygód radomian. Patrząc na dotychczasowy rozwój autora, moje oczekiwania rosną. „Gangi Radomia” podobały mi się, ale po kontynuacji spodziewałem się zupełnie czegoś innego (i w sumie miałem obawy przed wyczerpaniem konwencji). Paweł Gierczak zaskoczył mnie bardzo pozytywnie i chciałbym nadal być tak zaskakiwany.
„Outsajders” to seria obyczajowa, której należy się uznanie.
Do zobaczenia w Radomiu.
P.S.
Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości:
Tak, Gierek z Owcą (która w "Outsajdersach" ma również swój secik) poczęstowali mnie hotdogiem w zamian za napisanie kumoterskiej recenzji.
*W sumie, nie jest to tylko moja opinia. Wpadł na to również badacz i teoretyk literatury Janusz Sławiński. Warto zapoznać się z jego artykułem: J. Sławiński, O kategorii podmiotu lirycznego, [w Tegoż:] Dzieło – język – tradycja, Kraków 1998.


Plecy kobiety.
Gwóźdź programu - CIUCHCIA!