To była długa podróż z przygodami. Rzeka, do której wbrew zdrowemu rozsądkowi wchodziliśmy wielokrotnie. Pot, krew, łzy, rezygnacja, ekscytacja, rozstania, powroty, horror, terror, wielkie nadzieje, gorzkie rozczarowania, lata jałowego czekania i setki godzin rzeźbienia. W końcu jest komplet zeszytów i lektura na prawie 300 stron.
Pierwsze plansze podpisane datą 2003, ostatnie z datą 2013.
Pierwszy zeszyt ukazał się w grudniu 2006.
Udział wzięli: Dominik Szcześniak, Hubert Ronek, Maciej Pałka, Wojciech Stefaniec, Paweł Sambor, Marek Rudowski, Daniel Grzeszkiewicz, Kasia Babis, Artur Chochowski, Grzegorz Pawlak i Tomek Kleszcz. Wielkim nieobecnym był Rafał Otoczak.
Druk - żyleta. Czerń smolista. Rysunki w ostatnim zeszycie ładnie pokazują gdzie zaszliśmy. Zmieniliśmy się - to pewne. Przeglądam sobie ten album i patrząc na naszą pracę jestem zadowolony. W końcu, był to projekt, który namolnie brzęczał w tyle głowy przez 10 lat i co jakiś czas wracał fantomowym swędzeniem. Nareszcie koniec.
Zaczynałem rysując pod tusz Ronka. Kończyłem inkując Chochowskiego i Kleszcza. Niezła szkoła dyscypliny.
Praca nad Domem Żałoby była wielkim wyzwaniem i nauką.
Dziękuję wszystkim, którym mogłem towarzyszyć w tym przedsięwzięciu.
Showing posts with label Dom Żałoby. Show all posts
Showing posts with label Dom Żałoby. Show all posts
Saturday, July 20, 2013
Friday, June 28, 2013
Dom Żałoby - zajawka
Timof zapodał prewju ostatniego odcinka Domu Żałoby. Tak się składa, że jest to siedem moich plansz będących wstępem do tego albumu (96 stron to już raczej nie zeszyt).
Komiks opuścił drukarnię. Premiera już jutro na BFK, gdzie komiks będzie można sobie kupić na stoisku wydawcy.
DOM ŻAŁOBY 8
scenariusz:
Dominik Szcześniak
ilustracje:
Maciej Pałka
Daniel Grzeszkiewicz
Grzegorz Pawlak
Katarzyna Babis
Artur Chochowski
Wojciech Stefaniec
Tomasz Kleszcz
Komiks już czytałem (w wersji elektronicznej) i ze swojej strony mogę powiedzieć, że wygląda to wszystko bardzo ładnie. Spotkaliśmy się w solidnym składzie. Zilustrowaliśmy kawał historii (łącznie blisko 300 stron). Warto zdjąć zakurzone poprzednie zeszyty i przeczytać całość, zobaczyć w jaki sposób kończą się wszystkie wątki. Można pokusić się nawet o wydanie werdyktu czy nam się udało.

P.S. W kontekście awantury o okładkowe wpadki Wydawnictwa Komiksowego (w której brałem czynny udział) uważam, że corelowa tandetna ósemka na okładce jest dość smutną ironią losu. To mogła być taka ładna okładka... Parafrazując klasyka "straciliście okazję by tego nie spierdolić". Czy też raczej "straciliśmy" - bo chodzi o wszystkie osoby, których nazwiska na okładce firmują tę wpadkę. Słabo.
Komiks opuścił drukarnię. Premiera już jutro na BFK, gdzie komiks będzie można sobie kupić na stoisku wydawcy.
DOM ŻAŁOBY 8
scenariusz:
ilustracje:
Maciej Pałka
Daniel Grzeszkiewicz
Grzegorz Pawlak
Katarzyna Babis
Artur Chochowski
Wojciech Stefaniec
Tomasz Kleszcz
Komiks już czytałem (w wersji elektronicznej) i ze swojej strony mogę powiedzieć, że wygląda to wszystko bardzo ładnie. Spotkaliśmy się w solidnym składzie. Zilustrowaliśmy kawał historii (łącznie blisko 300 stron). Warto zdjąć zakurzone poprzednie zeszyty i przeczytać całość, zobaczyć w jaki sposób kończą się wszystkie wątki. Można pokusić się nawet o wydanie werdyktu czy nam się udało.

P.S. W kontekście awantury o okładkowe wpadki Wydawnictwa Komiksowego (w której brałem czynny udział) uważam, że corelowa tandetna ósemka na okładce jest dość smutną ironią losu. To mogła być taka ładna okładka... Parafrazując klasyka "straciliście okazję by tego nie spierdolić". Czy też raczej "straciliśmy" - bo chodzi o wszystkie osoby, których nazwiska na okładce firmują tę wpadkę. Słabo.
Thursday, June 20, 2013
WWK (03) - inkowanie
Przeskoczyłem etap rysowania jako takiego i dziś pochylę się nad poboczem jakim jest inkowanie (w tłumaczeniu filmu "w pogoni za Amy" obraźliwie nazwane kalkowaniem). Temat jest o tyle istotny, gdyż często bywa elementem obróbki ilustracji a jeszcze częściej jest nierozerwalnie związany z pracą w zespole.
Nad tuszowaniem swoich szkiców nie będę się skupiał - osobiście ciężko mi oddzielić to działanie od rysowania. To temat na osobną notkę. Teraz ciekawi mnie wykańczanie prac innych rysowników.
Inkowanie jest bardzo ciekawym doświadczeniem. Niestety, wbrew pierwszemu wrażeniu jest to żmudna i czasochłonna praca. Pomimo, że pracuje się na gotowym szkicu ułatwienie często jest pozorne a czas włożony w wykończenie planszy bywa dłuższy niż zrobienie takiej planszy po swojemu od zera.
Jakie zatem są plusy?
- stopniowe zwiększanie tempa pracy - rysownicy muszą się zsynchronizować. Inkowanie jest rysunkowym aktorstwem, gdzie trzeba wczuć się w rolę drugiego rysownika i interpretować jego wkład.
- rozwój osobisty - pracując nad cudzymi planszami pierwszym co rzuca się w oczy jest inne podejście do rysowania. Każdy ma swoje nawyki, skróty rysowania detali, manierę prowadzenia narzędzia. To wszystko nagle wychodzi i czasami jest niezwykle inspirujące. Inkowanie potrafi być emocjonującą przygodą.
- zabawa - można pobawić się w psucie czyiś rysunków.
Jako przykładem posłużę się swoją pracą z Tomkiem Kleszczem i Arturem Chochowskim z którymi ostatnio intensywnie współdziałałem ilustrując 8 odcinek Domu Żałoby.
Z Tomkiem miałem już przyjemność pracować przy okazji komiksu o EZIM do GW Katowice. Jest to rysownik o charakterystycznej kresce z mangowymi naleciałościami. Jego siłą są dynamiczne sceny (walka, pościgi, ruch). Naturalnym więc było, że poprosiłem go o rozrysowanie komiksu o piłkarzach. Tomek przygotował storyboard, który był dla mnie wskazówką:
Zresztą, podobnie było z pierwszym zeszytem Degrengolandu gdzie Paweł Wojciechowicz potraktował pierwsze wersje plansz jako propozycję kadrowania.
Wracając jednak do "kalkowania" Kleszcza:
Mimo wielkiego powera w łapie, uważam że Tomek musi poeksperymentować z narzędziami. Jego rysunki są bardzo szczegółowe ale często robią się zbyt techniczne i sztywne. Tomek używa cienkopisów i nazbyt często potrafi zagalopować się w precyzyjnej dłubaninie a stąd jeden krok do przegadania. Odnoszę też wrażenie, że Tomek ogląda swoje plansze tylko z bliska. Przy inkowaniu postanowiłem jego kreskę przybrudzić, uczynić ją bardziej organiczną. W pewnej chwili złapałem się na tym, że 16 plansz to za mało aby uzyskać idealny efekt a wyklarowało mi się, że perfekcyjnie by było gdyby Kleszcz znalazł swojego Jansona. Studiując szkice odkryłem, że one aż się proszą o potraktowanie ich szraferunkiem w stylu "Janson inkuje JR.JR". Na pewno nie jest to nasza ostatnia współpraca więc liczę na uzyskanie w przyszłości synchronu idealnego.
Tymczasem wyszło nam mniej więcej coś takiego:
Powyżej widać, że było przy tym trochę zabawy, czasami nie obyło się bez minimalnej korekty ale koniec końców - nie zdominowałem Tomka. To są ciągle jego plansze i jego kreska (zarazem moje) ale w jakiś tam sposób podrasowane.
Gdy po 16 planszach z Kleszczem zabrałem się za inkowanie Artura Chochowskiego przeżyłem szok. Wielką trudnością było dla mnie przestawienie się na tryb kolejnego rysownika. Okazało się, że mimo tego samego medium każdy ma swoją metodę/kreskę/manierę. Ledwo co zacząłem łapać triki (i tiki) Kleszcza, a tu Artur zaserwował mi coś kompletnie innego. Tym razem z jednej strony musiałem poradzić sobie z precyzyjną charakterystyczną kreską na pierwszym planie i totalną dowolnością w tle.
Efekt jest taki:
Z Arturem bardzo powoli dłubiemy pełnometrażowy projekt. Osiem plansz Domu Żałoby potraktowaliśmy jako wprawkę w uzyskaniu efektywnej metody pracy. Efekty są zadowalające, co pozwala z optymizmem spojrzeć na plany wspólnego albumu.
Z kwestii technicznych: tusz cyfrowy tabletem. Ograniczyłem się do dwóch pędzli, rastrów i jakiś przybrudzaczy.
Nad tuszowaniem swoich szkiców nie będę się skupiał - osobiście ciężko mi oddzielić to działanie od rysowania. To temat na osobną notkę. Teraz ciekawi mnie wykańczanie prac innych rysowników.
Inkowanie jest bardzo ciekawym doświadczeniem. Niestety, wbrew pierwszemu wrażeniu jest to żmudna i czasochłonna praca. Pomimo, że pracuje się na gotowym szkicu ułatwienie często jest pozorne a czas włożony w wykończenie planszy bywa dłuższy niż zrobienie takiej planszy po swojemu od zera.
Jakie zatem są plusy?
- stopniowe zwiększanie tempa pracy - rysownicy muszą się zsynchronizować. Inkowanie jest rysunkowym aktorstwem, gdzie trzeba wczuć się w rolę drugiego rysownika i interpretować jego wkład.
- rozwój osobisty - pracując nad cudzymi planszami pierwszym co rzuca się w oczy jest inne podejście do rysowania. Każdy ma swoje nawyki, skróty rysowania detali, manierę prowadzenia narzędzia. To wszystko nagle wychodzi i czasami jest niezwykle inspirujące. Inkowanie potrafi być emocjonującą przygodą.
- zabawa - można pobawić się w psucie czyiś rysunków.
Jako przykładem posłużę się swoją pracą z Tomkiem Kleszczem i Arturem Chochowskim z którymi ostatnio intensywnie współdziałałem ilustrując 8 odcinek Domu Żałoby.
Z Tomkiem miałem już przyjemność pracować przy okazji komiksu o EZIM do GW Katowice. Jest to rysownik o charakterystycznej kresce z mangowymi naleciałościami. Jego siłą są dynamiczne sceny (walka, pościgi, ruch). Naturalnym więc było, że poprosiłem go o rozrysowanie komiksu o piłkarzach. Tomek przygotował storyboard, który był dla mnie wskazówką:
Wracając jednak do "kalkowania" Kleszcza:
Mimo wielkiego powera w łapie, uważam że Tomek musi poeksperymentować z narzędziami. Jego rysunki są bardzo szczegółowe ale często robią się zbyt techniczne i sztywne. Tomek używa cienkopisów i nazbyt często potrafi zagalopować się w precyzyjnej dłubaninie a stąd jeden krok do przegadania. Odnoszę też wrażenie, że Tomek ogląda swoje plansze tylko z bliska. Przy inkowaniu postanowiłem jego kreskę przybrudzić, uczynić ją bardziej organiczną. W pewnej chwili złapałem się na tym, że 16 plansz to za mało aby uzyskać idealny efekt a wyklarowało mi się, że perfekcyjnie by było gdyby Kleszcz znalazł swojego Jansona. Studiując szkice odkryłem, że one aż się proszą o potraktowanie ich szraferunkiem w stylu "Janson inkuje JR.JR". Na pewno nie jest to nasza ostatnia współpraca więc liczę na uzyskanie w przyszłości synchronu idealnego.
Tymczasem wyszło nam mniej więcej coś takiego:
Powyżej widać, że było przy tym trochę zabawy, czasami nie obyło się bez minimalnej korekty ale koniec końców - nie zdominowałem Tomka. To są ciągle jego plansze i jego kreska (zarazem moje) ale w jakiś tam sposób podrasowane.
Gdy po 16 planszach z Kleszczem zabrałem się za inkowanie Artura Chochowskiego przeżyłem szok. Wielką trudnością było dla mnie przestawienie się na tryb kolejnego rysownika. Okazało się, że mimo tego samego medium każdy ma swoją metodę/kreskę/manierę. Ledwo co zacząłem łapać triki (i tiki) Kleszcza, a tu Artur zaserwował mi coś kompletnie innego. Tym razem z jednej strony musiałem poradzić sobie z precyzyjną charakterystyczną kreską na pierwszym planie i totalną dowolnością w tle.
Efekt jest taki:
Z Arturem bardzo powoli dłubiemy pełnometrażowy projekt. Osiem plansz Domu Żałoby potraktowaliśmy jako wprawkę w uzyskaniu efektywnej metody pracy. Efekty są zadowalające, co pozwala z optymizmem spojrzeć na plany wspólnego albumu.
Z kwestii technicznych: tusz cyfrowy tabletem. Ograniczyłem się do dwóch pędzli, rastrów i jakiś przybrudzaczy.
Thursday, June 13, 2013
minuta ciszy
Właśnie postawiłem ostatnią kreskę w finałowym odcinku Domu Żałoby. Inkując Chochowskiego.
Ponad sześć lat temu pierwszą notką na tym blogu był raport z pracy nad czwartym zeszytem serii. Akurat ukazał się pierwszy numer i zupełnie serio myśleliśmy wtedy (z Dominikiem), że kroczymy w awangardzie powrotu zeszytówek. W sumie nie myliliśmy się aż tak bardzo (zależy jak na to patrzeć).
Dziś postawiłem kropkę w tym temacie.
Wszedłem po raz kolejny do tej samej rzeki, chociaż nie raz zapewniałem że to niemożliwe.
Pocisnąłem 31 plansz w kooperacji z Tomkiem Kleszczem i Arturem Chochowskim.
Dorzuciliśmy swoją cegłę do 100-planszowej konkluzji tej opowieści.
Udało się.
Dziwne uczucie.

*reckę Kamila znalazłem, gdyż Internety pamiętają.
Jako ciekawostka, pojawia się w niej WO:
"Jeszcze komiks Dom Żałoby 4. Dają, to czytam. Ten, nawet z lekką niezdrową ciekawością, bo przecież była o niego jakaś afera na komiksowych forach dyskusyjnych. Że rysownik miał inne zdanie niż scenarzysta, a wydawca, co wszystko wie najlepiej Timof (nie mylić z Wojtkiem co wszystko wie Orlińskim) też się wtrącał, jak zwykle przez osoby trzecie. I zamieszanie było spore i skomplikowane. I oczywiście efekt końcowy to tzw. “mały deszcz”. Jedyny plus tej serii, jaki widzę to to, że jest. Że udało się i wychodzi wreszcie w Polsce zeszytowa seria, która ma jakąś tam - biedną i niezrozumiałą i infantylną - ale jednak ciągłą fabułę i można ją sobie śledzić i oczekiwać co kilka miesięcy na kolejny odcinek. Tyle plusów. Bo tym razem nawet rysunki Pałki mnie nie urzekły. Bo scenariusz Szcześniaka, podobnie jak w poprzednich częściach jest słaby, słabusieńki. Może są w nim jakieś sensowne (choć wątpię) założenia ogólne, ale bieżące wykonanie, a zwłaszcza teksty to jedna wielka porażka. Świetnie to widać choćby w dwustronicowym prologu, który miał pokazać (jak mniemam) jak Szcześniak panuje nad słowem, a li tylko pokazał jak nad nim nie panuje. I pokazał to przy pomocy jednego słowa. Mam jeszcze chwilę więc wytłumaczę. Początek - rysunek muchy latającej po pokoju w którym ktoś siedzi na fotelu, a obok stoi telefon. Tekst: “Mucha leci. Telefon stoi. Postać siedzi. Czas płynie.” - fajnie, jest pomysł, jest rytm, jest sympatyczne i sprawne otwarcie. W kolejnych tekstach mocno wielowersowo rozwiniętę opisy muchy i postaci, oraz lekko rozwinięty opis telefonu. Z kontekstu opisów już widać, że za chwilę pan zje muchę. Proszę bardzo. OK. Druga plansza. Na czterech kadrach pan łapie zębami przelatującą obok niego muchę. Tekst pierwszy “Ułamek sekindy i wszystko się zmienia”. Ok. Tekst drugi: “Mucha już nie leci. Postać nie siedzi spokojnie. Oboje (…)” Dalszy ciąg nieważny. Szarpnięcie w tym miejscu jest na tyle silne, że już widać, że nie mamy do czynienia z kimś, kto panuje nad własnymi słowami. Jedno nieudane słowo “spokojnie” zaburza cały rytm, symetrię i urodę tej sekwencji. Żeby je utrzymać wystarczyło by podnieść postać z fotela. Gdyby złapał muchę stojąc mielibyśmy “Mucha już nie leci. Postać już nie siedzi” - zachowanie rytmu, symetrii i urody. Bez, mam wrażenie, uszczerbku fabularnego. Bo to, że “Mucha już nie leci” nie jest w żadern sposób symetryczne z tym że “Postać nie siedzi spokojnie”. Opozycja “już” i “spokonie” nie działa. Na żadnym poziomie. Rytmu słowa, gramatyki zdania, emocji sytuacji. Pupa. Ot, brak wyczucia i porządnego redaktora, który mógł przecież to bez większego wysiłku skorygować. Tyle. Koniec zajęć. Class Dismissed."
Ponad sześć lat temu pierwszą notką na tym blogu był raport z pracy nad czwartym zeszytem serii. Akurat ukazał się pierwszy numer i zupełnie serio myśleliśmy wtedy (z Dominikiem), że kroczymy w awangardzie powrotu zeszytówek. W sumie nie myliliśmy się aż tak bardzo (zależy jak na to patrzeć).
Dziś postawiłem kropkę w tym temacie.
Wszedłem po raz kolejny do tej samej rzeki, chociaż nie raz zapewniałem że to niemożliwe.
Pocisnąłem 31 plansz w kooperacji z Tomkiem Kleszczem i Arturem Chochowskim.
Dorzuciliśmy swoją cegłę do 100-planszowej konkluzji tej opowieści.
Udało się.
Dziwne uczucie.

Flashback:
Kamil Śmiałkowski w recenzji, która przepadła* w odmętach internetów napisał coś w stylu:
"Dom Żałoby, czyli jak małe Jasie wyobrażają sobie zrobienie komiksu w klimacie Vertigo".
W pewnym sensie trafił w sedno - dokładnie tak się wtedy czuliśmy. Gdy dołączyłem do projektu pod koniec 2004 było gotowych 10 plansz. Mieliśmy wielkie nadzieje i przez (jedną, bardzo ale to bardzo) krótką chwilę czuliśmy się niczym team: Gaiman-Kieth-Dringenberg.
Kamil Śmiałkowski w recenzji, która przepadła* w odmętach internetów napisał coś w stylu:
"Dom Żałoby, czyli jak małe Jasie wyobrażają sobie zrobienie komiksu w klimacie Vertigo".
W pewnym sensie trafił w sedno - dokładnie tak się wtedy czuliśmy. Gdy dołączyłem do projektu pod koniec 2004 było gotowych 10 plansz. Mieliśmy wielkie nadzieje i przez (jedną, bardzo ale to bardzo) krótką chwilę czuliśmy się niczym team: Gaiman-Kieth-Dringenberg.
Po drodze był film, plejada rysowników i siedem zeszytów.
Finałowy odcinek lada dzień idzie do druku.
Pora kończyć.
Finałowy odcinek lada dzień idzie do druku.
Pora kończyć.
*reckę Kamila znalazłem, gdyż Internety pamiętają.
Jako ciekawostka, pojawia się w niej WO:
"Jeszcze komiks Dom Żałoby 4. Dają, to czytam. Ten, nawet z lekką niezdrową ciekawością, bo przecież była o niego jakaś afera na komiksowych forach dyskusyjnych. Że rysownik miał inne zdanie niż scenarzysta, a wydawca, co wszystko wie najlepiej Timof (nie mylić z Wojtkiem co wszystko wie Orlińskim) też się wtrącał, jak zwykle przez osoby trzecie. I zamieszanie było spore i skomplikowane. I oczywiście efekt końcowy to tzw. “mały deszcz”. Jedyny plus tej serii, jaki widzę to to, że jest. Że udało się i wychodzi wreszcie w Polsce zeszytowa seria, która ma jakąś tam - biedną i niezrozumiałą i infantylną - ale jednak ciągłą fabułę i można ją sobie śledzić i oczekiwać co kilka miesięcy na kolejny odcinek. Tyle plusów. Bo tym razem nawet rysunki Pałki mnie nie urzekły. Bo scenariusz Szcześniaka, podobnie jak w poprzednich częściach jest słaby, słabusieńki. Może są w nim jakieś sensowne (choć wątpię) założenia ogólne, ale bieżące wykonanie, a zwłaszcza teksty to jedna wielka porażka. Świetnie to widać choćby w dwustronicowym prologu, który miał pokazać (jak mniemam) jak Szcześniak panuje nad słowem, a li tylko pokazał jak nad nim nie panuje. I pokazał to przy pomocy jednego słowa. Mam jeszcze chwilę więc wytłumaczę. Początek - rysunek muchy latającej po pokoju w którym ktoś siedzi na fotelu, a obok stoi telefon. Tekst: “Mucha leci. Telefon stoi. Postać siedzi. Czas płynie.” - fajnie, jest pomysł, jest rytm, jest sympatyczne i sprawne otwarcie. W kolejnych tekstach mocno wielowersowo rozwiniętę opisy muchy i postaci, oraz lekko rozwinięty opis telefonu. Z kontekstu opisów już widać, że za chwilę pan zje muchę. Proszę bardzo. OK. Druga plansza. Na czterech kadrach pan łapie zębami przelatującą obok niego muchę. Tekst pierwszy “Ułamek sekindy i wszystko się zmienia”. Ok. Tekst drugi: “Mucha już nie leci. Postać nie siedzi spokojnie. Oboje (…)” Dalszy ciąg nieważny. Szarpnięcie w tym miejscu jest na tyle silne, że już widać, że nie mamy do czynienia z kimś, kto panuje nad własnymi słowami. Jedno nieudane słowo “spokojnie” zaburza cały rytm, symetrię i urodę tej sekwencji. Żeby je utrzymać wystarczyło by podnieść postać z fotela. Gdyby złapał muchę stojąc mielibyśmy “Mucha już nie leci. Postać już nie siedzi” - zachowanie rytmu, symetrii i urody. Bez, mam wrażenie, uszczerbku fabularnego. Bo to, że “Mucha już nie leci” nie jest w żadern sposób symetryczne z tym że “Postać nie siedzi spokojnie”. Opozycja “już” i “spokonie” nie działa. Na żadnym poziomie. Rytmu słowa, gramatyki zdania, emocji sytuacji. Pupa. Ot, brak wyczucia i porządnego redaktora, który mógł przecież to bez większego wysiłku skorygować. Tyle. Koniec zajęć. Class Dismissed."
Friday, March 13, 2009
Cuda na patyku
.

Już jutro WSK! Z zapowiedzi widać, że z tej okazji obrodziło przeróżnymi komiksowymi nowościami. Zinów wychodzi również cała sterta (więcej niż na ubiegłorocznym MFK) więc będę miał się nad czym pochylić. Co prawda ja wybieram się na imprezę tylko i wyłącznie towarzysko (w sumie nic z programu WSK mnie nie zainteresowało) to jednak kilka rzeczy od siebie przygotowałem.
Jeśli ktoś niefrasobliwie zechce sobie coś kupić, to zapraszam.
Dwie nowości i jedna premiera:

- DOM ŻAŁOBY 7 - Gdy prawie dwa lata temu odchodziłem od rysowania serii czułem się niczym niedoceniony Alan Wilder. W myśl zasady "nigdy nie mów nigdy" powracam. Jeśli tym razem miałbym zastosować jakąś analogię muzyczną, to najbardziej adekwatny będzie jednak powrót Krzysztofa Cugowskiego do Budki Suflera. W 1984 roku bodajże po ośmiu latach nieobecności wokalista wrócił na chwilkę coby zaśpiewać jedną piosenkę. I został na stałe (do żałosnego końca). Pal to sześć - ze Szcześniakiem to mógłbym nawet wykonać komiksową wersję "Balu wszystkich świętych". W przedostatnim zeszycie Domu Żałoby zapełniłem swoimi szkickami i refleksjami tak zwane "strony klubowe". W kolejnym - finalnym odcinku popełnię również gościnnie kilka plansz w środku. Więcej informacji wkrótce. Na razie zdradzę, że będzie się działo bo pasuje ostatecznie zamknąć ten projekt z klasą i pewną pompą.
Ponadto dodam, że siódmy numer Domu Żałoby (na który wierni fani czekali rok) to bodajże najlepszy odcinek do tej pory.
____________________________________________________________

- SZRAMA - Debiutancki album Rafała Kołsuta wydany przez Dolną Półkę. Czego można spodziewać się po tym komiksie? Pierwsza (oby nie jedyna) recenzja --->tutaj<---- Na potrzeby zbiorku narysowałem jedną nowelkę. Przyznaję, że nieźle się przy niej namęczyłem. Być może po tych wszystkich artystowskich projektach wyszedłem z wprawy w rysowaniu bijących się chłopków?
__________________________________________________________


- MASZIN - Piąty numer zina Mikołaja Tkacza. Tematem przewodnim jest deszcz. Tradycyjnie już razem z Bartkiem Sztyborem prezentujemy kolejny odcinek Najwydestyluchniejszego. Jako ciekawostkę dodam, że w "Deszczowych piosenkach" gościnnie występują Koko, Bele i Krl czyli redaktorzy Schwinga, których wizerunki użyłem bez ich wiedzy i zgody. Mało tego, perfidnie wykorzystałem ów fakt w celu promocji komiksu. Oto dowód: jeśli chcecie zobaczyć kadr, w którym Koko pokazuje pindola koniecznie musicie nabyć MASZINA!
Do jutra!


Już jutro WSK! Z zapowiedzi widać, że z tej okazji obrodziło przeróżnymi komiksowymi nowościami. Zinów wychodzi również cała sterta (więcej niż na ubiegłorocznym MFK) więc będę miał się nad czym pochylić. Co prawda ja wybieram się na imprezę tylko i wyłącznie towarzysko (w sumie nic z programu WSK mnie nie zainteresowało) to jednak kilka rzeczy od siebie przygotowałem.
Jeśli ktoś niefrasobliwie zechce sobie coś kupić, to zapraszam.
Dwie nowości i jedna premiera:

- DOM ŻAŁOBY 7 - Gdy prawie dwa lata temu odchodziłem od rysowania serii czułem się niczym niedoceniony Alan Wilder. W myśl zasady "nigdy nie mów nigdy" powracam. Jeśli tym razem miałbym zastosować jakąś analogię muzyczną, to najbardziej adekwatny będzie jednak powrót Krzysztofa Cugowskiego do Budki Suflera. W 1984 roku bodajże po ośmiu latach nieobecności wokalista wrócił na chwilkę coby zaśpiewać jedną piosenkę. I został na stałe (do żałosnego końca). Pal to sześć - ze Szcześniakiem to mógłbym nawet wykonać komiksową wersję "Balu wszystkich świętych". W przedostatnim zeszycie Domu Żałoby zapełniłem swoimi szkickami i refleksjami tak zwane "strony klubowe". W kolejnym - finalnym odcinku popełnię również gościnnie kilka plansz w środku. Więcej informacji wkrótce. Na razie zdradzę, że będzie się działo bo pasuje ostatecznie zamknąć ten projekt z klasą i pewną pompą.Ponadto dodam, że siódmy numer Domu Żałoby (na który wierni fani czekali rok) to bodajże najlepszy odcinek do tej pory.
____________________________________________________________

- SZRAMA - Debiutancki album Rafała Kołsuta wydany przez Dolną Półkę. Czego można spodziewać się po tym komiksie? Pierwsza (oby nie jedyna) recenzja --->tutaj<---- Na potrzeby zbiorku narysowałem jedną nowelkę. Przyznaję, że nieźle się przy niej namęczyłem. Być może po tych wszystkich artystowskich projektach wyszedłem z wprawy w rysowaniu bijących się chłopków? __________________________________________________________


- MASZIN - Piąty numer zina Mikołaja Tkacza. Tematem przewodnim jest deszcz. Tradycyjnie już razem z Bartkiem Sztyborem prezentujemy kolejny odcinek Najwydestyluchniejszego. Jako ciekawostkę dodam, że w "Deszczowych piosenkach" gościnnie występują Koko, Bele i Krl czyli redaktorzy Schwinga, których wizerunki użyłem bez ich wiedzy i zgody. Mało tego, perfidnie wykorzystałem ów fakt w celu promocji komiksu. Oto dowód: jeśli chcecie zobaczyć kadr, w którym Koko pokazuje pindola koniecznie musicie nabyć MASZINA!
Do jutra!
Saturday, March 15, 2008
drobiazgi (a jednak)
W oczekiwaniu na paczkę z powueskowymi zinami (będą recki)
dwa njusy, acz bardzo monotematyczne.
Bardziej z racji kronikarskiej obsesji niż chęci plotkowania:
- W najnowszym numerze KZ kolejne (po BR i Polterze) podsumowanie komiksowego roku 2007, w którym gościnnie wziąłem udział. Top 10 + opinie. To był dobry rok.

- Podobnie jak w przypadku pinupa Daniela Grzeszkiewicza, pozytywne emocje i wzruszenie wywołała na mnie praca Rafała Trejnisa. Jest to kolejny fanart do "Domu Żałoby". Obie grafiki znalazły się w szóstym zeszycie w gościnnej galerii.

Z Rafałem do tej pory "spotkałem się" kilka razy na łamach ziniola. Dodatkowo wspomógł swoimi kadrami "10 bolesnych operacji". Tym bardziej jest mi przyjemnie, że zechciał zinterpretować pewną "zaginioną" scenę z pierwszego zeszytu "Domu Żałoby". Z pewnością dałby radę udźwignąć cały zeszyt serii - co byłoby pomocne przy zauważalnym spowolnieniu tempa wydawania kolejnych odcinków (siódmy zeszyt ponoć dopiero w październiku).
dwa njusy, acz bardzo monotematyczne.
Bardziej z racji kronikarskiej obsesji niż chęci plotkowania:
- W najnowszym numerze KZ kolejne (po BR i Polterze) podsumowanie komiksowego roku 2007, w którym gościnnie wziąłem udział. Top 10 + opinie. To był dobry rok.
- Podobnie jak w przypadku pinupa Daniela Grzeszkiewicza, pozytywne emocje i wzruszenie wywołała na mnie praca Rafała Trejnisa. Jest to kolejny fanart do "Domu Żałoby". Obie grafiki znalazły się w szóstym zeszycie w gościnnej galerii.
Z Rafałem do tej pory "spotkałem się" kilka razy na łamach ziniola. Dodatkowo wspomógł swoimi kadrami "10 bolesnych operacji". Tym bardziej jest mi przyjemnie, że zechciał zinterpretować pewną "zaginioną" scenę z pierwszego zeszytu "Domu Żałoby". Z pewnością dałby radę udźwignąć cały zeszyt serii - co byłoby pomocne przy zauważalnym spowolnieniu tempa wydawania kolejnych odcinków (siódmy zeszyt ponoć dopiero w październiku).
Tuesday, February 5, 2008
drobiazgi (z dupy drzazgi)
Na dzień dobry, pocztówka z niedzielnego spaceru:

- Przy okazji notki o Alicji w poprzednich drobiazgach, miałem satysfakcję z wyprzedzenia przynajmniej o kilka dni wszystkich serwisów komiksowych. Owe serwisy jak wiemy, skupiają się na informacjach dotyczących ekranizacji komiksów o superbohaterach, więc niestety przyjemność z pierwszeństwa w podaniu njusa była wątpliwa.
W każdym razie info o Alicji już sobie wisi w różnych miejscach w necie, zaś dla wszystkich oczekujących miła niespodzianka: komiks ukaże się nie w marcu jak pisałem, ale jeszcze w lutym.
Ok. Lecimy z koksem.
- Na początek coś na rozruszanie się z okazji nadchodzącej wiosny (oby):
Teledysk wydaje się z deka nudnawy, ale mnie osobiście rozwalił. Zwłaszcza ostatnie pół minuty zawierające nieskoordynowane pląsy z kuflem piwa w dłoni.
To Patty Lee z ostatniego albumu Les Savy Fav. Z czytanych recenzji wynoszę, że album został u nas konkretnie zjebany, ale mi to nie przeszkadza. Czasami potrzebuję posłuchać takiego bezpretensjonalnego amerykańskiego śpiewo-grania. Poza tym podoba mi się sceniczny wizerunek Tima Harringtona. Nie jest to co prawda Kiamil w slipach Borata, ale za to śpiewa.
Okładka na której nadzy Tim z żoną odpędzają się od dzikich zwierząt też jest mistrzowska!
- Wróćmy do komiksów i (chcąc nie chcąc) okołokomiksowych informacji z takich czy innych powodów pominiętych przez serwisy.
W angielskim stylu zwinął interes Mariusz Zawadzki. Dom Komiksu przestał istnieć. Samo wydawnictwo i jego działania promocyjno-wydawnicze wzbudzały u mnie skrajne emocje. Właściwie, komiksy z DK nie były dostępne nigdzie (poza Gliwicami (?)). Na konwenty wydawca nie dojeżdżał, ze sklepów komiksowych tylko Imago (w którym od pewnego czasu nie kupuję) miało Drugą Ligę, Demony Sexu i Morfium*. Strona promocyjna przedsięwzięcia leżała i kwiczała jak za czasów wydawanej przez Mariusza w 30 egzemplarzach Katastrofy. Jedynym plusem witryny internetowej wydawnictwa był webkomiks (co prawda odgrzewany kotlet) Marka Turka, który zresztą też nie został nawet zauważony w środowisku. Zawsze odkładałem zakup tych zeszycików na "przy okazji" gdy w końcu ujrzę te cuda na własne oczy. W efekcie nie kupiłem żadnego komiksu. Jak mi Buk świadkiem - szczerze chciałem!
Tylko wydawca miał chyba równie szczerze w dupie to, że ktoś chce jego towar kupić!
R.I.P.
* Sklep Gildii tez ma komplet zeszytów na stanie. Kupi ktoś?

- Nie odchodząc daleko. Pomimo upadku Domu Komiksu Mariusz Zawadzki kontynuuje prace nad "Drugą Ligą" zaś "Morfium" pojawia się w postaci epizodów w "Czachopiśmie". Nic w przyrodzie nie ginie. Autorom życzę powodzenia i większej konsekwencji. Po dziesięciu latach mogliby się jasno określić, czy jest sens czekania na "Agnologmat", czy też projekt się na tyle zestarzał że może służyć jedynie za ciekawostkę w szufladzie.
- Konsekwencji na pewno nie można odmówić Piotrowi Szreniawskiemu, który wykorzystuje wszelkie innowacje (niestety, lub na szczęście olewając system wdrażania) do promocji swoich tworów. Tym razem wykorzystał machinę jaką jest Nasza Klasa zakładając profil znanej i lubianej Niuni Miluni.Zgodnie z ludowym porzekadłem głoszącym, że "kto nie ma więcej niż stu znajomych na Naszej Klasie, ten ostro przegrał swoje życie" akcja z profilem Niuni Komiksowej okazała się sukcesem (stan na dziś to ponad 2000 znajomych). Oczywiście ten sukces w żaden sposób nie zostanie zdyskontowany przez Piotra. Jedynym efektem będzie osobista satysfakcja autora z kolejnej udanej akcji artystycznej. Jestem pewien, że za jakiś czas Pszren znowu da o sobie znać. Aż strach się bać w jakim kontekście tym razem? W końcu Szreniawski to najbardziej dwuznaczny (czy też hardkorowy) twórca w polskim komiksowym półświatku.

- Nadchodzące WSK zapowiadają się ciekawie pod kątem zinowym. Co prawda, kolejny numer "B5" został wstępnie przeniesiony na MFK, ale za to Szaweł zapowiada "Hardkorporację" (ciekawe jak bardzo pojemna jest definicja hardkoru wg. Szawła?), Mikołaj Spionek premierowego "Pirata", niezawodny ASU gastronomiczne wydanie "Jeju", webkomiksiarze pichcą "Kolektyw" o miejskich legendach, zaś Tkachoz może wyrobi się z trzecim"Maszinem". Ponoć szykują się też reaktywacje w postaci antologii "Komiks Forum" i "Ziniola" pod Timofową egidą.
Zapomniałem o czymś?
Tak, o albumach i albumikach. Ale to temat na inny wpis.
- Niezwykle zaskakująca dogrywka w plebiscycie na komiks grudnia na Polterze!
"Bi Bułka i otoczka Otoczaka" v.s. "RORK - powrót". No, kto by się tego spodziewał?
Jeśli ktoś jeszcze nie zdążył oddać głosu, niech czym prędzej to uczyni (klikajta w baner!).
Nie optuję za żadną z propozycji, ale pomimo iż obie są zacne, to jednak każda z innej bajki.

- Tymczasem eksplorując stronę Daniela Grzeszkiewicza natknąłem się na pinupa do "Domu Żałoby". Serce zabiło mi mocniej ze wzruszenia gdy zobaczyłem jego wariację na temat postaci Rajmunda. Idealnie tak wyobrażałem sobie tą postać podczas gdy ją projektowałem. Ilustracja i inne komiksy na stronie dają pewne wyobrażenie w jakim nieoczekiwanym kierunku mogłaby pójść oprawa graficzna serii gdyby (tak jak było pierwotnie w planach) kontynuację rysował Grzeszkiewicz. Z jednej strony szkoda że do tego nie doszło, ale z drugiej strony ominąłby nas (w tej postaci) świetny debiut Marka Rudowskiego, zaś Daniel ponoć pracuje nad nowym komiksem do scenariusza Bartka Sztybora więc tak czy inaczej na pewno po raz kolejny pokaże klasę.

- Na zakończenie wracamy do Les Savy Fav.
Tym razem koncertowe wykonanie No Sleeves.
Dla wszystkich którym przypadł do gustu teledysk i muzyczka powyżej.
Endżoj!
C.D.N.

- Przy okazji notki o Alicji w poprzednich drobiazgach, miałem satysfakcję z wyprzedzenia przynajmniej o kilka dni wszystkich serwisów komiksowych. Owe serwisy jak wiemy, skupiają się na informacjach dotyczących ekranizacji komiksów o superbohaterach, więc niestety przyjemność z pierwszeństwa w podaniu njusa była wątpliwa.
W każdym razie info o Alicji już sobie wisi w różnych miejscach w necie, zaś dla wszystkich oczekujących miła niespodzianka: komiks ukaże się nie w marcu jak pisałem, ale jeszcze w lutym.Ok. Lecimy z koksem.
- Na początek coś na rozruszanie się z okazji nadchodzącej wiosny (oby):Teledysk wydaje się z deka nudnawy, ale mnie osobiście rozwalił. Zwłaszcza ostatnie pół minuty zawierające nieskoordynowane pląsy z kuflem piwa w dłoni.
To Patty Lee z ostatniego albumu Les Savy Fav. Z czytanych recenzji wynoszę, że album został u nas konkretnie zjebany, ale mi to nie przeszkadza. Czasami potrzebuję posłuchać takiego bezpretensjonalnego amerykańskiego śpiewo-grania. Poza tym podoba mi się sceniczny wizerunek Tima Harringtona. Nie jest to co prawda Kiamil w slipach Borata, ale za to śpiewa.
- Wróćmy do komiksów i (chcąc nie chcąc) okołokomiksowych informacji z takich czy innych powodów pominiętych przez serwisy.
W angielskim stylu zwinął interes Mariusz Zawadzki. Dom Komiksu przestał istnieć. Samo wydawnictwo i jego działania promocyjno-wydawnicze wzbudzały u mnie skrajne emocje. Właściwie, komiksy z DK nie były dostępne nigdzie (poza Gliwicami (?)). Na konwenty wydawca nie dojeżdżał, ze sklepów komiksowych tylko Imago (w którym od pewnego czasu nie kupuję) miało Drugą Ligę, Demony Sexu i Morfium*. Strona promocyjna przedsięwzięcia leżała i kwiczała jak za czasów wydawanej przez Mariusza w 30 egzemplarzach Katastrofy. Jedynym plusem witryny internetowej wydawnictwa był webkomiks (co prawda odgrzewany kotlet) Marka Turka, który zresztą też nie został nawet zauważony w środowisku. Zawsze odkładałem zakup tych zeszycików na "przy okazji" gdy w końcu ujrzę te cuda na własne oczy. W efekcie nie kupiłem żadnego komiksu. Jak mi Buk świadkiem - szczerze chciałem!
Tylko wydawca miał chyba równie szczerze w dupie to, że ktoś chce jego towar kupić!
R.I.P.
* Sklep Gildii tez ma komplet zeszytów na stanie. Kupi ktoś?

- Nie odchodząc daleko. Pomimo upadku Domu Komiksu Mariusz Zawadzki kontynuuje prace nad "Drugą Ligą" zaś "Morfium" pojawia się w postaci epizodów w "Czachopiśmie". Nic w przyrodzie nie ginie. Autorom życzę powodzenia i większej konsekwencji. Po dziesięciu latach mogliby się jasno określić, czy jest sens czekania na "Agnologmat", czy też projekt się na tyle zestarzał że może służyć jedynie za ciekawostkę w szufladzie.
- Konsekwencji na pewno nie można odmówić Piotrowi Szreniawskiemu, który wykorzystuje wszelkie innowacje (niestety, lub na szczęście olewając system wdrażania) do promocji swoich tworów. Tym razem wykorzystał machinę jaką jest Nasza Klasa zakładając profil znanej i lubianej Niuni Miluni.Zgodnie z ludowym porzekadłem głoszącym, że "kto nie ma więcej niż stu znajomych na Naszej Klasie, ten ostro przegrał swoje życie" akcja z profilem Niuni Komiksowej okazała się sukcesem (stan na dziś to ponad 2000 znajomych). Oczywiście ten sukces w żaden sposób nie zostanie zdyskontowany przez Piotra. Jedynym efektem będzie osobista satysfakcja autora z kolejnej udanej akcji artystycznej. Jestem pewien, że za jakiś czas Pszren znowu da o sobie znać. Aż strach się bać w jakim kontekście tym razem? W końcu Szreniawski to najbardziej dwuznaczny (czy też hardkorowy) twórca w polskim komiksowym półświatku.
- Nadchodzące WSK zapowiadają się ciekawie pod kątem zinowym. Co prawda, kolejny numer "B5" został wstępnie przeniesiony na MFK, ale za to Szaweł zapowiada "Hardkorporację" (ciekawe jak bardzo pojemna jest definicja hardkoru wg. Szawła?), Mikołaj Spionek premierowego "Pirata", niezawodny ASU gastronomiczne wydanie "Jeju", webkomiksiarze pichcą "Kolektyw" o miejskich legendach, zaś Tkachoz może wyrobi się z trzecim"Maszinem". Ponoć szykują się też reaktywacje w postaci antologii "Komiks Forum" i "Ziniola" pod Timofową egidą.Zapomniałem o czymś?
Tak, o albumach i albumikach. Ale to temat na inny wpis.
- Niezwykle zaskakująca dogrywka w plebiscycie na komiks grudnia na Polterze!"Bi Bułka i otoczka Otoczaka" v.s. "RORK - powrót". No, kto by się tego spodziewał?
Jeśli ktoś jeszcze nie zdążył oddać głosu, niech czym prędzej to uczyni (klikajta w baner!).
Nie optuję za żadną z propozycji, ale pomimo iż obie są zacne, to jednak każda z innej bajki.

- Tymczasem eksplorując stronę Daniela Grzeszkiewicza natknąłem się na pinupa do "Domu Żałoby". Serce zabiło mi mocniej ze wzruszenia gdy zobaczyłem jego wariację na temat postaci Rajmunda. Idealnie tak wyobrażałem sobie tą postać podczas gdy ją projektowałem. Ilustracja i inne komiksy na stronie dają pewne wyobrażenie w jakim nieoczekiwanym kierunku mogłaby pójść oprawa graficzna serii gdyby (tak jak było pierwotnie w planach) kontynuację rysował Grzeszkiewicz. Z jednej strony szkoda że do tego nie doszło, ale z drugiej strony ominąłby nas (w tej postaci) świetny debiut Marka Rudowskiego, zaś Daniel ponoć pracuje nad nowym komiksem do scenariusza Bartka Sztybora więc tak czy inaczej na pewno po raz kolejny pokaże klasę.
- Na zakończenie wracamy do Les Savy Fav.Tym razem koncertowe wykonanie No Sleeves.
Dla wszystkich którym przypadł do gustu teledysk i muzyczka powyżej.
Endżoj!
C.D.N.
Tuesday, July 17, 2007
Dom Żałoby 3&4 - recenzja w BR
Na Below Radars pojawiła się zbiorcza recenzja zeszytów 3&4 Domu Żałoby.
Tekst przytaczam poniżej, oczywiście można go też przeczytać bezpośrednio w BR.

Tekst przytaczam poniżej, oczywiście można go też przeczytać bezpośrednio w BR.

Dom Żałoby 3 i 4
Dariusz Hallmann
Niewątpliwym atutem części trzeciej i czwartej Domu żałoby (czytanych jedna po drugiej w krótkim odstępie czasu) jest to, że sporo wyjaśniają i w dość znacznym stopniu posuwają akcję naprzód. Dzieje się to jednak kosztem onirycznego, niesamowitego klimatu, który z kolei był niewątpliwym atutem dwóch poprzednich części.
Oczywiście pojawiają się nowe pytania i tajemnice, ale są bardziej... konkretne, pozbawione aury nieokreśloności, proces wzbudzania czytelniczego zainteresowania odbywa się raczej mechanicznie, nie wynika z dreszczu niepokoju, tylko na przykład z faktu, że za barem znajduje się zagadkowy sześcian albo któryś z bohaterów dostaje pałką w łeb...
To nie jest zarzut, to jest różnica, ale istotna o tyle, że na jej tle wyraźnie widać pewną słabość scenarzysty Dominika Szcześniaka. Tą słabością jest pretensjonalność. Kiedy pod koniec zeszytu # 3 czytam o różnych wersjach – nomen omen – scenariusza randki Voita z dziewczyną, na czele z przyprawiającymi o ból zębów słowami „analizowanie probabilistycznych zachowań obojga”, to myślę sobie: niedobrze, Żyttu powrócił!. Zresztą autorzy nie pozostawiają żadnych złudzeń, bo w czwartej części jest kadr, gdzie na murze widnieje napis: Żyttu żyje!. No żyje, żyje, i ma się nieźle... Do tego teksty typu: - Znajdź dla mnie miejsce w twoim sercu. – Mam wolny tylko lewy przedsionek., Filiżankę kawy i mnóstwo cukru., Kobieta może i ma ponętne kształty, może i jest zjawiskowo podniecająca, ale to też człowiek., umieszczone w komiksie w takich a nie innych kontekstach brzmią po prostu sztucznie.
Ciekawie wypadają rysunki Wojciecha Stefańca w trzeciej części. Twórca odważnie eksperymentuje, miesza techniki i tylko czasami odnosi się wrażenie, że forma przerasta treść. Szczególnie podobają mi się strony 16, 17, 18 i 19, ukazujące spotkanie Gabriela Diuna z człowiekiem, który nazywa się Gilles de Gollfe (zresztą Gilles pojawił się już na bardzo krótko w pierwszej części). No właśnie, sam Diun – najpierw świetnie ukazane wejście do kafejki, na głowie kapelusz, a pod nim nieprzenikniona czerń; po zdjęciu kapelusza – niesamowita twarz w prostokątnym kadrze na pół strony; na koniec – w oryginalny sposób przedstawiony uśmiech (o który w życiu bym Diuna nie podejrzewał). Brawo, panie Wojciechu! Pozwalam sobie również zdjąć kapelusz...
W zeszycie # 4 za grafikę odpowiedzialny jest Maciej Pałka (oprócz prologu autorstwa Pawła Sambora). Rysownik nie zawodzi, ale bardziej do gustu przypadły mi efekty jego pracy w drugiej części Domu żałoby. Teraz, moim zdaniem niepotrzebnie, pogrubił kreskę i nadał rysunkom ciemniejszą tonację, przez co stały się mniej wyraziste, mniej drapieżne... W pamięć zapada dwustronicowy (16-17), pełen inwencji panel, na którym bohaterowie rozchodzą się w różne strony.
Naturalnie my, fani Domu żałoby, nigdzie się nie rozchodzimy. Wiernie czekamy na dalszy ciąg, a zeszyt numer pięć ma ukazać się już w październiku (ponoć powróci nim do serii Hubert Ronek). Czekamy, nawet jeśli nasz entuzjazm nieco przygasł...


Tuesday, June 26, 2007
DOM ŻAŁOBY 4 - polizany
Pierwsza konkretna recenzja DŻ4 pojawiła się na loliPOPie. Piotr Sawicki w swoim tekście postawił omawiany zeszyt na wyższej półce komiksów które nie spełniły pokładanych w nich oczekiwań. Jednocześnie wypunktował mielizny i obnażył skróty (sztuczki i asekuranckie patenty autorów), które przeszkadzały mu w odbiorze komiksu jako czytelnikowi. Wielkie dzięki za tą recenzję. Na pewno wyciągnę z niej wnioski.Oryginalnie tekst możecie przeczytać sobie tutaj. Jak zwykle pozwoliłem sobie zacytować artykuł i wkleić poniżej.
W świecie emocji bez pokrycia
Piotr Sawicki
Oto kolejny owoc fermentu zwanego „młodym polskim komiksem”. Cechy tego nurtu, rozwijającego się prężnie już od kilku lat, są następujące: eskapizm – ucieczka od rzeczywistości, która jeśli już dochodzi do głosu, to tylko w postaci koturnowo odmalowanej historii najnowszej (vide: fala komiksowych laurek na cześć papieża, Solidarności, Poznania walczącego z sowieckimi czołgami i Popiełuszki), poza tym nieudolność scenarzystów w materii rozplanowania szerszych i bardziej zajmujących struktur fabularnych. Konsekwencją tej ostatniej jest próba posklejania opowieści z anegdotycznych, donikąd nie prowadzących epizodów. Na barkach rysownika spoczywa zadanie zatuszowania owej łataniny, za pomocą jak najbardziej ekspresyjnej, wstrząsającej szaty graficznej, tak aby gotowy produkt na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie pełnowartościowego dzieła sztuki. Zatem każdy, kto miał styczność z „Achtung Zelig” Rosenberga i „Esencją” Janusza (oba z rysunkami Gawronkiewicza), „Nadzwyczajnymi” Wojdy i Ostrowskiego czy komiksami duetu Kowalski-Gosieniecki, może przewidzieć, z czym z grubsza będzie miał do czynienia podczas lektury „Domu żałoby”.
Przy czym trzeba mieć na uwadze, że Maciej Pałka, mimo ewidentnego talentu, nie sięga poziomu np. Gawronkiewicza. Często gubi perspektywę, proporcje czy choćby czytelność przekazu. Narracja idzie siermiężnie, toteż rysownik, by się jakoś wybronić, co rusz stosuje swój popisowy numer: wielkie, munchowskie niemal zbliżenia brzydkich i pomarszczonych, zniszczonych emocjami twarzy bohaterów. Robią one rzeczywiście duże wrażenie i czytelnik może nawet da się oczarować, nim po przewertowaniu kilkunastu stron zacznie się zastanawiać, o jakie tu właściwie emocje chodzi.
Bo w samej materii fabularnej jest ich niewiele. Jak to często bywa w polskim komiksie, obracamy się w sferze całkowitej abstrakcji, napoczętych szkiców opowieści, w których najciekawsze są pojedyncze sceny. Taka fragmentaryczność – skupianie całej energii na fajerwerkach graficznych, na wyabstrahowanych z całości epizodach – sprawia, że podczas lektury czytelnik ma wrażenie snujstwa, nie zaś konsekwentnej narracji; świadkuje pojedynczym scenom, ale na koniec ma trudności ze zwyczajnym streszczeniem fabuły. Czy przy podobnym braku ciągłości i dynamiki ktokolwiek zainteresuje się serią na tyle by, po przeczytaniu jednego odcinka, czekać z utęsknieniem na następny? Cykl o „Nadzwyczajnych” nie zabawił na rynku zbyt długo. Również kultowy w swoim czasie magazyn „Produkt”, odkąd zaczął publikować komiksy w tym stylu, stawał się coraz mniej kultowy aż zamknął działalność. „Dom żałoby” dobił na razie do zeszytu czwartego, i choć nie życzę źle ani autorom ani wydawcy, nie znajduję na tych 32 stronach żadnego – logicznego czy emocjonalnego – poparcia dla idei zapoznania się z całym cyklem.
Konieczności odpowiedzi na pytanie „o co w tym komiksie chodzi”, autorzy wywinęli się bardzo sprytnie, umieszczając akcję w świecie, w którym generalnie nic nie ma sensu, który nie potrzebuje kontekstu, bo jest utkany z miszmaszu marzeń żyjących w nim ludzi. Pomysł to nawet frapujący – o ile da się go rozwinąć we frapującą historię. Jednak w tym wypadku robi on za licencję, mającą autora scenariusza zwolnić od konieczności jego konstruowania. Szczęśniakowi nie brak wprawdzie literackich pomysłów – tu i ówdzie potrafi ująć czytelnika ciekawym dialogiem czy nawet całą sceną (prolog!) – ale po co, na co i dokąd to wszystko zmierza, nie wiadomo. Może dowiemy się z następnych odcinków.
W jednym należy oddać sprawiedliwość autorom „Domu żałoby”. Fabularne i intelektualne snujstwo, które na początku złośliwie porównałem do artystycznego fermentu, nie dotyczy wyłącznie komiksu, ale rzutuje na całokształt polskiej kultury popularnej z kinem włącznie (a właściwie to przede wszystkim). Czym to wytłumaczyć? Powołanie się na lenistwo jako narodową cechę Polaków nie będzie ani słuszne ani tym bardziej sprawiedliwe, jeśli weźmiemy pod uwagę, jakiego nakładu pracy – często stricte hobbistycznej, nieodpłatnej – wymaga stworzenie albumu komiksowego. Bardziej stoi za tym faktem podświadome przekonanie, że gotowy wyrób raczej nie zajrzy pod strzechy – wszak 400 egzemplarzy to nakład, którym można co najwyżej obdarować najbliższych krewnych. A ci będą zadowoleni tak czy inaczej. Tak długo, jak komiks w Polsce pozostanie wąską specjalizacją środowiskową, trudno będzie wymagać od twórców odpowiedzialnego podejścia do tego medium.
Sunday, June 10, 2007
Być jak Alan Wilder
Niezwykłą chwilą jest moment ukończenia zeszytu komiksowego. Równie emocjonującą chwilą jest moment gdy wydrukowany komiks w końcu trafia do rąk autora. Wczoraj dostałem paczkę z czwartym odcinkiem "Domu Żałoby" i mogłem odetchnąć z ulgą - jest to pierwszy komiks z którego jestem edytorsko w zupełności usatysfakcjonowany. Począwszy od okładki, rozmieszczenia elementów loga, kolorów nieprzekłamanych przez drukarnię a skończywszy na detalach składu i jakości wydruku. Wszystko gra.
Niniejszym zakończyłem swoją kilkuletnią (sic!) przygodę z Domem Żałoby. Mam nadzieję, że moje zaangażowanie w jakiś sposób przełożyło się na (w miarę przyzwoity) efekt wizualny. Teraz już jako zwykły czytelnik będę czekał na kolejne zeszyty serii. Mam nadzieję, że podczas ich lektury będę się bawił równie dobrze jak w czasie rysowania tego komiksu.
Trzymając w rękach pachnący drukiem komiks czuję, że swoje już zrobiłem a teraz reszta należy do czytelników. W jednym z poprzednich wpisów wspomniałem o tym jak duży wpływ na rysowanie czwartego zeszytu Domu Żałoby miały opinie odbiorców. Ciekawi mnie czy oczekiwania czytelników były zbieżne z uzyskanym efektem końcowym? Nawet jeśli nie, to jest to dla mnie kolejny krok naprzód w nauce komiksowego rzemiosła.
Korzystając z okazji chciałbym podziękować wszystkim osobom dzięki którym miałem sposobność współtworzyć DŻ:
Dziękuję Dominikowi Szcześniakowi za możliwość zilustrowania jego scenariusza, Timofowi za chęć wydania serii i zaangażowanie edytorskie, Hubertowi Ronkowi za inkersą współpracę przy drugim epizodzie, Wojtkowi Stefańcowi za mocnego kopa artystycznego i podniesienia poprzeczki w trzecim epizodzie, Pawłowi Samborowi za kolory na okładce, rewers i narysowanie prologu (uratowałeś ten komiks) . Dziękuję wydawnictwu POST za udostępnienie fonta a także dziękuję wszystkim świetnym rysownikom, do których zwracałem się z prośbą o pomoc przy kontynuacji serii. Wszystkim dałem namiary mailowe na scenarzystę, więc jeśli nadal macie ochotę na zilustrowanie zeszytu lub jakiejś nowelki to zapewne Dominik Szcześniak z radością coś adekwatnego dla was znajdzie. Wystarczy, że go poprosicie.
I to w sumie tyle.
Na dokładkę prezentuję kadr-rarytas, który został interwencyjnie usunięty z komiksu. Bliźniacy Peaks pewnie jeszcze sobie zaszaleją.
+
No i jeszcze pozostało mi wyjaśnić tytuł dzisiejszej notki. :)
Otóż wielkimi krokami nadchodzi premiera kolejnego albumu RECOIL!
Niniejszym zakończyłem swoją kilkuletnią (sic!) przygodę z Domem Żałoby. Mam nadzieję, że moje zaangażowanie w jakiś sposób przełożyło się na (w miarę przyzwoity) efekt wizualny. Teraz już jako zwykły czytelnik będę czekał na kolejne zeszyty serii. Mam nadzieję, że podczas ich lektury będę się bawił równie dobrze jak w czasie rysowania tego komiksu.Trzymając w rękach pachnący drukiem komiks czuję, że swoje już zrobiłem a teraz reszta należy do czytelników. W jednym z poprzednich wpisów wspomniałem o tym jak duży wpływ na rysowanie czwartego zeszytu Domu Żałoby miały opinie odbiorców. Ciekawi mnie czy oczekiwania czytelników były zbieżne z uzyskanym efektem końcowym? Nawet jeśli nie, to jest to dla mnie kolejny krok naprzód w nauce komiksowego rzemiosła.
Korzystając z okazji chciałbym podziękować wszystkim osobom dzięki którym miałem sposobność współtworzyć DŻ:
Dziękuję Dominikowi Szcześniakowi za możliwość zilustrowania jego scenariusza, Timofowi za chęć wydania serii i zaangażowanie edytorskie, Hubertowi Ronkowi za inkersą współpracę przy drugim epizodzie, Wojtkowi Stefańcowi za mocnego kopa artystycznego i podniesienia poprzeczki w trzecim epizodzie, Pawłowi Samborowi za kolory na okładce, rewers i narysowanie prologu (uratowałeś ten komiks) . Dziękuję wydawnictwu POST za udostępnienie fonta a także dziękuję wszystkim świetnym rysownikom, do których zwracałem się z prośbą o pomoc przy kontynuacji serii. Wszystkim dałem namiary mailowe na scenarzystę, więc jeśli nadal macie ochotę na zilustrowanie zeszytu lub jakiejś nowelki to zapewne Dominik Szcześniak z radością coś adekwatnego dla was znajdzie. Wystarczy, że go poprosicie.
I to w sumie tyle.
Na dokładkę prezentuję kadr-rarytas, który został interwencyjnie usunięty z komiksu. Bliźniacy Peaks pewnie jeszcze sobie zaszaleją.+
No i jeszcze pozostało mi wyjaśnić tytuł dzisiejszej notki. :)
Otóż wielkimi krokami nadchodzi premiera kolejnego albumu RECOIL!
Saturday, May 26, 2007
moje małe faux pas
Przypomniałem sobie dzisiaj o takim oto komiksie.
Pięciostronicową nowelkę do scenariusza Dominika Szcześniaka narysowałem pod koniec 2003 roku (w międzyczasie rysowałem drugi zeszyt Domu Żałoby). Swoją premierę komiks miał w 34 numerze Ziniola sprzedawanego podczas pierwszej edycji lubelskiego Trach!u.
W sieci komiks pojawił się półtora roku później (w sierpniu 2005), w 34 (zadziwiający przypadek) numerze "magazynu miłośników komiksu KZ". Całość "Mojego małego..." można przeczytać klikając => TU <=
Myślę, że gdybym w 2004 roku nie został zmuszony do porzucenia prac nad Domem Żałoby, to pewnie swoją część pracy zrobiłbym w podobnym stylu. "Moje małe faux pas" traktowałem bowiem jako taką małą graficzną wprawkę przed skokiem do głębokiej wody rysowania całego zeszytu.
Swoją drogą, nadal jestem w miarę zadowolony z tej nowelki. Miałem cichą nadzieję, że po kilku poprawkach dałoby się wkomponować ją do któregoś z kolejnych zeszytów Domu Żałoby. Specjalnie na tą okoliczność, zapobiegliwie zafundowałem głównemu bohaterowi historyjki gościnny występ w jednej ze scen drugiego epizodu.
Niestety, autor scenariusza nie dał się przekonać.
Pięciostronicową nowelkę do scenariusza Dominika Szcześniaka narysowałem pod koniec 2003 roku (w międzyczasie rysowałem drugi zeszyt Domu Żałoby). Swoją premierę komiks miał w 34 numerze Ziniola sprzedawanego podczas pierwszej edycji lubelskiego Trach!u.
W sieci komiks pojawił się półtora roku później (w sierpniu 2005), w 34 (zadziwiający przypadek) numerze "magazynu miłośników komiksu KZ". Całość "Mojego małego..." można przeczytać klikając => TU <=
Myślę, że gdybym w 2004 roku nie został zmuszony do porzucenia prac nad Domem Żałoby, to pewnie swoją część pracy zrobiłbym w podobnym stylu. "Moje małe faux pas" traktowałem bowiem jako taką małą graficzną wprawkę przed skokiem do głębokiej wody rysowania całego zeszytu.Swoją drogą, nadal jestem w miarę zadowolony z tej nowelki. Miałem cichą nadzieję, że po kilku poprawkach dałoby się wkomponować ją do któregoś z kolejnych zeszytów Domu Żałoby. Specjalnie na tą okoliczność, zapobiegliwie zafundowałem głównemu bohaterowi historyjki gościnny występ w jednej ze scen drugiego epizodu.
Niestety, autor scenariusza nie dał się przekonać.
Thursday, April 12, 2007
DOM ŻAŁOBY 4 - okładka
Jest mi bardzo przyjemnie zaprezentować gotową okładkę do czwartego odcinka Domu Żałoby.
Lineart został pokolorowany przez Pawła Sambora, z którym pewnie jeszcze coś razem w kooperacji zdziałamy.
W maju zapraszam do empików.
Czwarty odcinek Domu Żałoby sprowadzi akcję na nowy (?) tor. Wątki z pierwszych trzech zeszytów zaczynają się ze sobą łączyć. Czytelnicy, których trzeci odcinek zaniepokoił swoją statycznością i nieoczekiwanymi dygresjami powinni być usatysfakcjonowani...
do czasu kolejnej części :)
Lineart został pokolorowany przez Pawła Sambora, z którym pewnie jeszcze coś razem w kooperacji zdziałamy.
W maju zapraszam do empików.Czwarty odcinek Domu Żałoby sprowadzi akcję na nowy (?) tor. Wątki z pierwszych trzech zeszytów zaczynają się ze sobą łączyć. Czytelnicy, których trzeci odcinek zaniepokoił swoją statycznością i nieoczekiwanymi dygresjami powinni być usatysfakcjonowani...
do czasu kolejnej części :)
Saturday, April 7, 2007
DOM ŻAŁOBY 1&2 - recenzja w BR
Recenzenci (rotfl & roll) z Aleji Komiksu rzucają okiem w trzeci odcinek DŻ (ten z rysunkami Wojtka Stefańca).
Tymczasem ja pozwoliłem sobie wkleić jeszcze jedną odnalezioną w necie reckę pierwszego albumu.
O "Domu Żałoby 1&2" napisał na BELOWRADARS Dariusz Hallmann.

Nie będę taił, że na początku – po niezbyt udanej czytelniczej przygodzie z Wacianymi Kaflikami Żyttu Szcześniaka i Pałki – podchodziłem do Domu żałoby z wielkim dystansem. Potem, w miarę czytania pierwszej części, moje zaciekawienie rosło, a po lekturze części drugiej czuję się rozentuzjazmowany i nie mogę doczekać dalszego ciągu.
Scenarzysta Dominik Szcześniak prezentuje nam tajemniczą historię, która, być może, rozgrywa się na granicy życia i śmierci, a może jedynie na styku rzeczywistości i tego, co kryje się tuż za nią, a czego wszyscy czasem wypatrujemy, spoglądając przez ramię... Dwaj bohaterowie, Kortez X oraz detektyw Gabriel Diun, znajdują się – każdy na swój sposób – w stanie osobliwego zawieszenia. Świat wokół nich odkształca się, pojawiają się dziwne, chociaż na pozór normalne postaci, niektóre zdarzenia nie tyle wynikają jedne z drugich, ile przenikają jedne w drugie. A przy tym opowieść przesiąknięta jest napięciem i niepokojem...
Rysunki do pierwszego epizodu, skupiającego się na Kortezie X-ie, wykonał Hubert Ronek. Jego charakterystyczna kreska, pełna dysproporcji oraz, umiejętnie podkreślanej tuszem ekspresywności, bardzo dobrze buduje klimat wręcz kafkowskiego zagubienia. Zresztą strony 19 i 20 to najlepsze „Kafką podszyte” plansze, jakie do tej pory widziałem w polskim komiksie.
Autorem rysunków do drugiej części, w której na pierwszy plan wysuwa się Gabriel Diun, jest Maciej Pałka. Widać, że ten twórca wciąż poszukuje, ale momentami efekty jego pracy w Domu żałoby po prostu porażają. Z tych „rzeźbionych” rysunkiem sylwetek, o ciężkich od nadmiaru rysów fizjonomiach, bije jakiś autentyzm, jakaś autoświadomość egzystencjalnego smutku... Cieszę się również, że Pałka nie nadużywa efektu „szalonego oka” oraz, kiedy trzeba, potrafi oddać subtelność, a nawet piękno, kobiecej twarzy.
Z wywiadu przeprowadzonego przez Kubę Oleksaka z Maciejem Pałką dla Below Radars wynika, że wraz z trzecim epizodem pojawi się kolejny rysownik - Wojciech Stefaniec, oraz że znakomitą redakcyjną robotę przy serii wykonuje wydawca Paweł Timofiejuk. To ciekawe, że ta „komiksowa alternatywa” powstaje i jest wydawana na zasadach, które kojarzą mi się z amerykańskim mainstreamem, tzn. profesjonalnie. Mam więc nadzieję, że wśród nas, czytelników, znajdzie się dzielnych 400, nie obawiających się wysupłać z portfelów 11 zł, aby nasz polski rynek nie okrył się żałobą po kolejnej przerwanej serii, która w tym przypadku tak świetnie się zapowiada.
Tymczasem ja pozwoliłem sobie wkleić jeszcze jedną odnalezioną w necie reckę pierwszego albumu.
O "Domu Żałoby 1&2" napisał na BELOWRADARS Dariusz Hallmann.

Nie będę taił, że na początku – po niezbyt udanej czytelniczej przygodzie z Wacianymi Kaflikami Żyttu Szcześniaka i Pałki – podchodziłem do Domu żałoby z wielkim dystansem. Potem, w miarę czytania pierwszej części, moje zaciekawienie rosło, a po lekturze części drugiej czuję się rozentuzjazmowany i nie mogę doczekać dalszego ciągu.
Scenarzysta Dominik Szcześniak prezentuje nam tajemniczą historię, która, być może, rozgrywa się na granicy życia i śmierci, a może jedynie na styku rzeczywistości i tego, co kryje się tuż za nią, a czego wszyscy czasem wypatrujemy, spoglądając przez ramię... Dwaj bohaterowie, Kortez X oraz detektyw Gabriel Diun, znajdują się – każdy na swój sposób – w stanie osobliwego zawieszenia. Świat wokół nich odkształca się, pojawiają się dziwne, chociaż na pozór normalne postaci, niektóre zdarzenia nie tyle wynikają jedne z drugich, ile przenikają jedne w drugie. A przy tym opowieść przesiąknięta jest napięciem i niepokojem...
Rysunki do pierwszego epizodu, skupiającego się na Kortezie X-ie, wykonał Hubert Ronek. Jego charakterystyczna kreska, pełna dysproporcji oraz, umiejętnie podkreślanej tuszem ekspresywności, bardzo dobrze buduje klimat wręcz kafkowskiego zagubienia. Zresztą strony 19 i 20 to najlepsze „Kafką podszyte” plansze, jakie do tej pory widziałem w polskim komiksie.
Autorem rysunków do drugiej części, w której na pierwszy plan wysuwa się Gabriel Diun, jest Maciej Pałka. Widać, że ten twórca wciąż poszukuje, ale momentami efekty jego pracy w Domu żałoby po prostu porażają. Z tych „rzeźbionych” rysunkiem sylwetek, o ciężkich od nadmiaru rysów fizjonomiach, bije jakiś autentyzm, jakaś autoświadomość egzystencjalnego smutku... Cieszę się również, że Pałka nie nadużywa efektu „szalonego oka” oraz, kiedy trzeba, potrafi oddać subtelność, a nawet piękno, kobiecej twarzy.
Z wywiadu przeprowadzonego przez Kubę Oleksaka z Maciejem Pałką dla Below Radars wynika, że wraz z trzecim epizodem pojawi się kolejny rysownik - Wojciech Stefaniec, oraz że znakomitą redakcyjną robotę przy serii wykonuje wydawca Paweł Timofiejuk. To ciekawe, że ta „komiksowa alternatywa” powstaje i jest wydawana na zasadach, które kojarzą mi się z amerykańskim mainstreamem, tzn. profesjonalnie. Mam więc nadzieję, że wśród nas, czytelników, znajdzie się dzielnych 400, nie obawiających się wysupłać z portfelów 11 zł, aby nasz polski rynek nie okrył się żałobą po kolejnej przerwanej serii, która w tym przypadku tak świetnie się zapowiada.
Friday, April 6, 2007
Albin ILah and DŻ crew
Let me introduce mr. Albin ILah, the third main charakter from "Najwydestyluchniejszy" graphic novel. He is mighty terrorist fighting against Najwydestyluchniejszy's reigns.

No one knows how his face look like. Me either.
____________________________________________________________
Po zakończeniu rysowania Domu Żałoby4 brnę przez fazę postprodukcji. Mechaniczne działanie w fotoszopie. Dodawanie ramek i dymków. Nudna i upierdliwa praca. Rutyna.
Jednocześnie oddałem okładkę do pokolorowania pewnemu radomskiemu artyście i bardzo jestem ciekaw efektów. Jak tylko okładka będzie gotowa, nie omieszkam się nią z Wami podzielić.
Tymczasem żebyście mieli mały przedsmak tego co się będzie działo w czwartym zeszycie Domu Żałoby, małe prevju:

Zgodnie z sugestiami czytelników zmieniłem narzędzie, utrzymałem jednolity styl rysunków i chlapnąłem więcej czerni. Można powiedzieć, że narysowałem komiks pod publiczkę :)
W tym obrazku perspektywa jest brutalnie zgwałcona. Niedomyślnym tłumaczę, że tak, to było w planie.
Pomyślałem, że skoro żegnam się z tą serią to muszę pozostawić dobre wrażenie i podnieść kolejnemu rysownikowi poprzeczkę. Tak jak Wojtek Stefaniec podniósł mi swoim trzecim zeszytem. Teraz gdy znam zakończenie czwartego odcinka, już jako czytelnik będę z niecierpliwością śledził dalszy ciąg. O ile o scenariusz jestem spokojny, to boję się że Hubert Ronek (ponoć ma rysować piąty zeszyt) poleci swoimi cartunowymi głowonogami w jakąś niestrawną groteskę. W każdym razie trzymam kciuki za dalsze losy serii.
No one knows how his face look like. Me either.
____________________________________________________________
Po zakończeniu rysowania Domu Żałoby4 brnę przez fazę postprodukcji. Mechaniczne działanie w fotoszopie. Dodawanie ramek i dymków. Nudna i upierdliwa praca. Rutyna.
Jednocześnie oddałem okładkę do pokolorowania pewnemu radomskiemu artyście i bardzo jestem ciekaw efektów. Jak tylko okładka będzie gotowa, nie omieszkam się nią z Wami podzielić.
Tymczasem żebyście mieli mały przedsmak tego co się będzie działo w czwartym zeszycie Domu Żałoby, małe prevju:
Zgodnie z sugestiami czytelników zmieniłem narzędzie, utrzymałem jednolity styl rysunków i chlapnąłem więcej czerni. Można powiedzieć, że narysowałem komiks pod publiczkę :)
W tym obrazku perspektywa jest brutalnie zgwałcona. Niedomyślnym tłumaczę, że tak, to było w planie.
Pomyślałem, że skoro żegnam się z tą serią to muszę pozostawić dobre wrażenie i podnieść kolejnemu rysownikowi poprzeczkę. Tak jak Wojtek Stefaniec podniósł mi swoim trzecim zeszytem. Teraz gdy znam zakończenie czwartego odcinka, już jako czytelnik będę z niecierpliwością śledził dalszy ciąg. O ile o scenariusz jestem spokojny, to boję się że Hubert Ronek (ponoć ma rysować piąty zeszyt) poleci swoimi cartunowymi głowonogami w jakąś niestrawną groteskę. W każdym razie trzymam kciuki za dalsze losy serii.
Subscribe to:
Posts (Atom)
KPO
KPO dla kultury




